Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Coś się kończy, coś się zaczyna


Po ponad dwóch miesiącach na pokładzie Indry, odwiedzeniu trzech z Kanaryjskich Wysp, Sao Vicente na Cabo Verde, Martyniki, Saint Lucii, Saint Vincent, Bequii, złowieniu kilku oceanicznych ryb, spotkaniu wielu ciekawych osób - żeglarzy i nie tylko - nadszedł czas zmian. Dziś rano na kotwicowisku w zatoce Anse Mitan stanął Fryderyk Chopin, polski żaglowiec pływający między sezonami z Niebieską Szkołą, a w tym momencie po Karaibach z wycieczkami i czarterami.

Jako, że miałem już kiedyś przyjemność być załogantem Chopina (kilkukrotnie) udało mi się dołączyć do jednego z etapów jako członek załogi szkieletowej. Dzisiaj jest dzień wejścia na pokład. Zastanawiałem się, czy dotrzeć tam lądem (ok. 40minut i 40EUR), czy wodą (4-5 godzin jachtem). Huzar stwierdził, że nie puści mnie samego na niebezpieczne asfaltowe drogi i zrobimy tę wycieczkę jachtem.

sobota, 4 stycznia 2014

Bequia - tu się zaczynają piękne plaże

Do Admirality Bay weszliśmy tuż przed zachodem słońca 1. dnia 2014 roku. Na wejściu przywitał nas piękny żaglowiec Royal Clipper. Słońce schodziło coraz niżej, kotwicę rzucaliśmy na samym końcu zatoki pod restauracją Devil's Table już po zachodzie słońca.

Ruszyliśmy na ląd w poszukiwaniu odrobiny cywilizacji. Łazienki, restauracji, sklepu i mechanika od silników przyczepnych.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dopływamy do Martyniki - 4. tydzień

Dzień 11 od opuszczenia Cabo Verde (22 od San Sebastian de La Gomera) - 17.12.2013 - wtorek - 155,1nM (2415,3nM)

Dokładnie tydzień. Tyle czekaliśmy na jakikolwiek obiekt na wodzie (oczywiście z tych wykonanych ludzką ręką). Pojawił się ...i to całkiem duży.

10 grudnia miałem trzygodzinną wachtę po północy kiedy przechodził nam przed dziobem katamaran. Dzisiaj pomiędzy 3, a 6 rano, podobnym kursem względem nas, tylko w większej odległości, przedefilował przed nami jakiś rzęsiście oświetlony tankowiec, kontenerowiec, czy inny drobnicowiec. Z tej odległości na horyzoncie było widać jedynie przesuwający się pasek światła - i to też tylko wtedy kiedy byliśmy akurat na szczycie fali. Przed 6tą rano zniknął za horyzontem odpływając w kierunku Barbados, Gujany francuskiej, czy Wenezueli.

Dzisiaj od rana wiatr słabnie. Pomału, ale konsekwentnie. Już zdjęliśmy ostatnie refy z genuy, oceaniczne fale są zauważalnie niższe i znacznie rzadziej załamują się ich szczyty. Jakby na zakończenie wietrznej pogody (w szkwałach dochodziło dwa dni temu do 38-43 węzłów) - jedna z załamujących się tuż przy nas i idących pod kątem do innych rzuciła Indrą o jakieś 70-90 stopni w lewo, a następna obróciła o prawie 180 stopni w prawo, przechylając jednocześnie prawie do poziomu i zanurzając w wodzie spinakerbom służący jako wytyk genuy.

wtorek, 17 grudnia 2013

Czysty Atlantyk - 3. tydzień

Dzień 4. po wyruszeniu z Cabo Verde (15. od San Sebastian de la Gomera) - 10.12.2013 - wtorek - dzisiaj pokonaliśmy 98,8nM (w sumie to już 1354,55nM)

Pół godziny po północy. Wiatr wieje stabilnie - 3 stopnie w skali Beauforta.10 węzłów z południowego zachodu. My ostro na wiatr idziemy lewym halsem ku wyznaczonemu celowi. Jest dobrze. Od środy wiatr ma odkręcić do północnego i wzmocnić się nawet do 30 węzłów. Już nie będziemy się guzdrać, będziemy lecieć do Urszulki! :)

Od wczorajszego poranka prześladuje nas jakieś podwodne monstrum. Zrywało nas na nogi trzy razy uruchamiając zamontowane przy wędkach alarmy. Pierwszy raz obyło się bez strat. Kolejne kończyły się zerwaniem przynęt, woblera, stratą kompletu żyłki z przyponem, którą ryba (?) odkręciła z wędki i zabrała w całości.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ruszamy na Atlantyk - 1. tydzień

Udało się wreszcie wyruszyć. Po przygotowaniach, po zgubieniu pontonu, po zamówieniu nowego przez e-bay w Anglii i przedłużającym się oczekiwaniu na dostarczenie, ostatecznie wypływamy. Poniedziałek - 25.11.2013 - otrzymujemy informację, że ponton utknął w urzędzie celnym w Hiszpanii, a zgodnie z pierwotnymi ustaleniami już tydzień wcześniej miał być na Kanarach. Dokładniejsze rozpoznanie sprawy przynosi informację, że nie zapowiada się by dinghy dotarła do nas przed świętami.

Huzar podejmuje męską decyzję. Wycofuje zamówienie ze względu na nie wypełnienie zobowiązań sprzedawcy, robimy ostatnie zakupy, uzupełniamy wodę, paliwo i we wtorek 26.11.2013 tuż przed wschodem słońca wyruszamy z San Sebastian de la Gomera. Zakładany następny port wejścia: Le Marin na Martynice.


piątek, 15 listopada 2013

A La Palma przywitała nas deszczem...

Cały dzień świeciło słońce. Od wyjścia z portu tuż przed południem, do samego zmierzchu. Kiedy godzinę później wchodziliśmy do portu - padało.

Ale to na La Palmie - wcześniej była Gomera.

Po tygodniu prac przy jachcie wreszcie jest gotów do drogi. Niestety nieprzewidziane zdarzenie zmusza nas do czekania na przesyłkę z kontynentu. Prawdopodobnie do końca przyszłego tygodnia jesteśmy uziemieni na Wyspach Kanaryjskich. Opierając się na ogólnie znanej wiedzy, iż w portach jachty gniją, a żeglarze schodzą na psy, stwierdziliśmy, że dość już tego schodzenia i wychodzimy.

sobota, 9 listopada 2013

Podróż atlantycka - prolog



Pod lotniskiem Tenerife Sur
Nadszedł ten czas. Po opuszczeniu miejsca pracy i pożegnaniu na kilka/naście tygodni z najbliższymi wylądowałem na Aeropuerto de Tenerife Sur Reina Sofía. Wyjście z samolotu już było miłe. Po chłodzie i rozpoczynających się późnojesiennych deszczach w Polsce, ciepłe powietrze które mnie otoczyło było pierwszym świadectwem zbliżającego się odpoczynku.

Zdjąłem z taśmy torbę 19kg, plecak 14kg znalazłem autobus do Los Christianos i już w pół godziny po wylądowaniu byłem w drodze. Tam przesiadka do kolejnego autobusu do Las Galletas i za 15 minut wypatrywałem masztów zwiastujących marinę i kotwicowisko.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pierwsza podróż Indry

Zostałem zaproszony przez właścicieli jachtu na jego dziewiczy rejs. Z Conwy marina pod Liverpoolem na Canvey Island w delcie Tamizy pod Londynem. Czekało na nas ponad 600 mil żeglugi i ponad tydzień na wodzie z założeniem, że nie będziemy za często zawijać do portu.
Czekający mnie rejs był dla mnie niesamowitym przeżyciem – w końcu nieczęsto wypływa się na morze jachtem, który znalazło się wśród tysiąca innych ogłoszeń i zasugerowało znajomym jako ten „wybrany”. Oni nie dość, że zainteresowali się jednostką, to bez zbędnej zwłoki pojechali obejrzeć, kupili i za pół roku zamierzają popłynąć nią w rejs dookoła świata.
A ja w tym uczestniczę!